Reedycja: Złoto dla zuchwałych – wspomnienia ze szlaku

Znowu muszę podziękować lewakom, którzy swego czasu dali mi namiar do części materiałów z mojej starej, już nie istniejącej strony. Jak zawsze kierowała nimi chęć doniesienia na milicję, acz efektem ubocznym tego jest fakt, że dziś mogę Wam przypomnieć mój tekst wspomnieniowy o początkach przygody stadionowej na Bałtyku. Tekst pochodzi z czerwca 2011, wspomnienia pochodzą z serca…

Ja wiem, że to się może komuś nie podobać, albo kogoś razić, ale mam to w dupie. Jestem takim chamem jakiego widzicie i takim poetą jakiego widzicie…Na pewno chciałbym być świętym, ale nie ma we mnie tyle pychy by w to wierzyć…Choć z drugiej strony wiara czyni cuda…

Ale nie ta Wałęsy, w swą nieskazitelność i heroizm – dygresja.

Takoż, by nie przedłużać wciskam guzik machiny czasu, a Wy zapadacie się w przeszłość razem ze mną. W czas odległy, choć w sumie nieodległy – inne czasy…

Wtedy gdy prezydentem był jeszcze taki mały złodziej i konfident Wałęsa i wcześniej. Zapraszam:

Miało być zaraz, ale jest po bardzo długim czasie…W dodatku nie wiem dokładnie, kiedy będą następne i to nie dlatego że nie mam co pisać – mam i to duuużo, ale dlatego że „jadę na improwizacji” i jakoś się mnie terminarze , tudzież plany nie trzymają. W szkole nie lubiłem fizyki i matematyki , za to uwielbiałem historię i język polski – może to więc dlatego…? Na korytarzu w podstawówce stoczyłem walkę z niejakim W, który się woził z klubem z Ejsmonta…Do czasu…Jak mówię; miłość powstała od razu , a później to uczucie ulegało stałemu pogłębieniu, choć i zdarzały się okresy mniejszej aktywności…które jednak tylko jeszcze bardziej potęgowały następujące eksplozje szaleństwa fanatyzmu…Gdy się zdobyło trochę jako takiego „faszystowskiego” światopoglądu – to dopiero można było poczuć smak przygody i w pełni kosztować chwile wolności , gdzieś w Polsce, z kumplami…No oczywiście…A jak! – takimi samymi jak ja, „faszystami”…O czym ja mówię teraz…? O tym co było , czyli o wspomnieniach ze szlaków kibicowskich , okraszonych subiektywizmem i jakby ujętych w ten „strumień świadomości” , o którym pisał Proust w „W poszukiwaniu straconego czasu”…Nikt nigdy Wam nie obiecywał , że będzie na maksa prymitywnie, ani na maksa kulturalnie…Tak , tak…Zagłębiamy się w Strumień Świadomości…Było nas w Wejherowie czterech – bo kiedyś tam mieszkałem…Oczywiście; czterech tych prowodyrów, gdyż ekipa Bałtyku stamtąd w najlepszych czasach osiągała do 80 głów! Takie to były czasy…A więc: Z, S, Gibo i ja…Gibo nie żyje, pozostałych dwóch się wykruszyło , choć sympatyzują….Ale kiedyś…

Pamiętam jak się zaczęło…Mój kolega Z, z którym poznałem się na Bałtyku , przyprowadził mi kiedyś do bloku na klatkę gościa i mówi: No cześć Goły, to jest S i jeździ na Bałtyk…Młody Gibo już był wtedy z nami…Małolaty, gnoje…Koniec podstawówki…? Tak jakoś…Albo początek szkoły średniej…Nie było weekendu żeby nie było jakiegoś wyjazdu…Bo trzeba Wam wiedzieć , że wtedy mecz Bałtyku u siebie to było też coś! Już pisałem wcześniej , że to święto. Powiem jeszcze raz , by zarysować obraz sytuacji – W dniu meczu Bałtyku było to widać. Ludzie ciągnęli sznurkiem na kolejkę i perony tętniły fanatyzmem. Tłumy , rozmowy o piłce i pierwsze nieśmiałe – o stosowaniu przemocy fizycznej w konfrontacjach z przeciwnikami z innych klubów 🙂 I naprawdę było wtedy tak, że ten drugi klub z Gdyni jakoś mniej się miało na myśli , w sensie konfrontacji – bo i mniej ich było widać…Moje pierwsze tak zwane „rozpoznania walką”, to były ganianki z ekipami z Gdańska…A kontakty były częste; raz że regularnie grane derby Trójmiasta – o których teraz jakoś media zapominają w statystykach, a one przecież były derbami!…Poza tym, czasy były mocno sportowe i nie siedziało się w domu w weekend – nawet gdy nie było wyjazdu , czy meczu u siebie…Jeździliśmy na wiele innych sportów. Sekcja piłki ręcznej kobiet na Bałtyku to był standard…Jednak ekipą jeździliśmy też na Spójnię Gdańsk, Wybrzeże w żużel, Stoczniowiec i Wybrzeże w męską ręczną….plus turnieje juniorów w piłkę, zimą…Nie było komputerów, za to były prawdziwe doznania…Huj , że lekcje nie odrobione i że potem w poniedziałek ból głowy z tego powodu…Ważna była akcja! Bo my zawsze jeździliśmy jako Bałtyk , choć oczywiście często się kitrając 🙂 Z czasem stało się tak że Z i ja staliśmy się „specjalistami” od przemocy fizycznej , a S nam pomagał jak mógł…G to był wrażliwy i bardzo dobry młody chłopak , nasza maskotka…Totalnie zakochany w Bałtyku…Bardzo mi Go brakuje…

W tych czasach , gdy powstał już Klub Kibica na Bałtyku…u mnie w piwnicy zostały odkręcone nogi od stołu dębowego :)…Nie , nie…Nie dlatego , że chcieliśmy je odrestaurować czy ulepszyć…Choć może i poniekąd…ponieważ zostały lekko spiłowane, skrócone…Tak by lepiej leżały w ręku, by – parafrazując jeden z dzisiejszych już transparentów meczowych – po ruchach pałki można było poznać rękę mistrza :)…Tak właśnie było…Najbardziej znany incydent z tym związany miał miejsce kiedyś w kolejce na przystanku Janowo…Nas może z sześciu, plus jakieś dzieci…I wpada , zbiegając po schodkach z góry , ekipa naszych adwersarzy z tej wieśniackiej strony Gdyni…Koło 30 – tu ich…Słyszę tylko , że ich forpoczta już jest w środku więc sięgam za nogę od stołu…Nie zdążyłem – Z. wpadł w szał i bez umiaru zaczął wywijać tym co miał w ręku…Było to dramatycznie skuteczne…Kilku oberwało, a jeden zupełnie znokautowany leżał na peronie, reszta uciekła…To nie były jeszcze czasy ustawek , zasad, sztywnych reguł…To był czas wolności i improwizacji…No to Z zaimprowizował:)…A ten gość co wtedy padł, był później przedstawicielem firmy , która dostarczała kawy i serwisowała sprzęt w klubie marynarskim, który prowadziłem…Miły człowiek…ale do tamtego wydarzenia nigdy nie chciał się przypucować…no jakoś go rozumiem 😉

To wszystko działo się na miejscu, w naszym małym , trójmiejskim świecie…A były przecież wyjazdy jeszcze…One się zaczynały z problemami, gdyż wiadomo , że mało który rodzic puści swego syna na kryminalną i alkoholową eskapadę przez całą Polskę :)…Ale my dawaliśmy radę:) Jeden z pierwszych wyjazdów naszej grupy to był Radom. Wyjazd autokarowy – wtedy jeszcze to były fajne sprawy, bo wszystko było nieprzewidywalne…Ja uprosiłem jakoś matkę i ojca – nie wiem jak…ale np. G i S musieli skłamać, że jadą na Oazę:)…W rzeczywistości noc spędzili śpiąc u mnie w klubie w piwnicy, o czym moi rodzice też nie wiedzieli…Jak i o tym , że będzie tam pity alkohol…i że Gibo zaraz po obudzeniu przeze mnie, puści pawia wszystko zabrudzając…4 rano, szybkie śniadanie…na klatce – herbata , kanapki i w drogę! Na Oazę…oazę szaleństwa , wolności , walki i futbolowego fanatyzmu…Nie będę opisywać całego wyjazdu do Radomia , bo już to robiłem milion razy. Dość , że powiem iż w przerwie spiker na Radomiaku zamiast zwyczajowych statystyk, mówił dramatycznym tonem coś takiego: Ja naprawdę bardzo proszę kibiców Bałtyku o niewyrywanie ławek z trybun!!! Apel niestety pozostał bez skutku:)…lub wręcz miał skutek odwrotny:)…Szala zwycięstwa przechylała się kilkakrotnie; raz w jedną , raz w drugą stronę…Chyba stanęło na remisie:)…którego wesołym podsumowaniem była radośnie wybuchająca pod milicyjną „suką” , rzucona przeze mnie z okna autobusu ; petarda…Było to bardzo malownicze, muszę przyznać…Do tego stopnia się ludzie wzruszyli emocjami , że i niepasteryzowane piwo z promocji w drodze powrotnej smakowało wyjątkowo wyśmienicie…Znowu parafrazując: Piwo po walce ma jak wino smak…? Heh, trochę bez sensu ale smak miało naprawdę wyborny!…Tak rodziły się przyjaźnie na Bałtyku! Przyjaźnie dozgonne – dosłownie…! Z czasem do młodocianych patologów z dzielnicy dołączali nowi , gdyż sława zakazanego owocu niosła się i coraz to okazywało się , że jest ten i ten , na dzielnicy takiej i takiej…W końcu ganiały się już całe grupy…Nie każdy i nie zawsze jeździł na wyjazdy, ale…prawie zawsze:)

Dlaczego, nie mówię iż za każdym razem męczyliśmy się w spartańskich warunkach – bez kasy , żarcia, wódki itd…Wcale nie…Bo np. w Legnicy czekał na nas pokój w hotelu…Przygotował go nam P, stary fanatyk , który akurat jechał z drużyną na wyjazd i tak zakombinował , że dostał pokój:) Mogliśmy więc – po oczywistej długiej i pełnej przemocy podróży pociągowej; odświeżyć się przed meczem…Prysznic, kilka szybkich małpek(małych wódeczek:) i przystąpić można do czynności rutynowych…tzn do wycinania nożem na materacu celtyków i malowania – bodajże jakąś pastą do butów(?) – również rzeczonych symboli na suficie pokoju hotelowego…Tak „odświeżeni” i umotywowani, ruszyliśmy na stadion i zrobiliśmy konkretną jazdę nie dając się miejscowym , będącym rzecz jasna w przeważającej sile! Czy to „na huki”, czy przemocą na przemian…Dość że obroniliśmy flagę i prowadziliśmy doping cały mecz!:) Było nas razem pięciu…I nasze szczęście , że zabrali nas na powrót piłkarze – odjeżdżając dostrzegliśmy koło 3 dyszek miejscowych skinheads, którzy już „na huki” by się nie dali wziąć :)…Szczęście sprzyja lepszym! Złoto dla zuchwałych! Carpe diem , czy jak tam…Wyjazd do przodu i z tarczą! Nie musi być dużo, by było kozacko!…

Będę dawkować wrażenia, dlatego kończę ten odcinek , nie chcąc dzisiejszych kibiców modern futbolu przyprawić o zawał serca….Kibiców , nie fanatyków – bo tych mamy w Polsce na szczęście najlepszych na świecie i jestem spokojny o ich charaktery! Ciąg dalszy – jak Bóg da – nastąpi…:)

Goły

18 czerwca 2011

Reklamy