Janusz Szpotański – ‚Towarzysz Szmaciak’

ObrazekUtwór Janusza Szpotańskiego o ‚Szmaciaku’ jest niestety wiecznie żywy. Co pisałem już prawie trzy lata temu, to i teraz jest aktualne. W dodatku teraz dużo bardziej. A nie jest to ich ostatnie słowo, jak się domyślam. Zbrodnicze prymitywy bez wnętrza, materialne dziwki, które terroryzują teraz Polskę, nazywając się ‚rządem’, mają mentalność przywiezioną na ruskich czołgach w roku 1944. Jako że kontynuują dzieło swych dziadków z KBW i ojców z milicji, teraz tylko dostosowują się do nowych dekoracji. Natomiast de facto mamy wciąż do czynienia z tą samą bolszewicką hołotą. Nic to że żule pachną drogimi perfumami i jeżdżą Ferrari…A może właśnie i to ich wyróżnia?!

Kultura i cywilizowanie człowieka, jego wrażliwość i inteligencja, nie mają nic wspólnego z bankowym kontem. Tym bardziej gdy to konto jest zasilane srebrnikami za zdradę Ojczyzny…

Towarzyszy Szmaciaków dziś wokół pełno, a chamstwo bolszewickie stało się ich normą, którą chcą i nas obezwładnić.

…Natomiast drzewa w lasach, na skwerach, przy ulicach rosną sobie spokojnie…Taka gałąź to może utrzymać niemały ciężar wszak ;).

Tylko ludzka dusza, na dłuższą ( wieczystą ) metę, nie jest w stanie poradzić sobie z ciężarem zdrady…

Zapraszam na tekst z lutego 2012 i na poemat ‚Towarzysz Szmaciak’:

Dziwnych analogii natłok. Porównań czar. Reminiscencji nadzwyczaj aktualnych urok. Brutalnych podobieństw konsekwencja. I wnioski w związku z tym…A właściwie to w związku radzieckim, który nad Wisłą swego czasu nazywał się PRL…Teraz nazywa się inaczej, ale nie o nazwy przecież chodzi, a o charakter. Totalitarny charakter państwa zarządzanego przez Gnomów kiedyś, teraz przez Rudych Gollumów, jest zawsze taki sam…pobudza również do śmiechu. Do kpiny, satyry, okładania inteligentnym słowem po łbach, tych wszystkich ruskich lokajów służących zapamiętale od lat, i ich troglodyckiego państewka…Tych metod, tego sposobu bycia, tych manier i horyzontów myślowych, tego ograniczenia pastuchów, złodziei…Ten sam typ co za czasów Gnoma ze „Sportem” w mordzie( Gomułka jakby kto nie wiedział), bełkotał o partii i odcinaniu rąk na nią podniesionych – ten sam typ złodziejskiego mużyka bez moralności, stanowi teraz podstawę państwa lokajów – prostaków i oni stanowią treść wszelkich ministerstw, urzędów, instytucji, całej biurokracji i „konstrukcji myślowej”. Rudy Gollum jest po prostu współczesnym Gnomem, a że czasy inne to i „Sporta” w ryju nie trzyma – umysłowość taka sama…Jak się nie śmiać kryjąc uśmiech politowania, nad takimi kreaturami…? Mówią po polsku i chodzą ładnie ubrani, mają fajne samochody, biura, pokazują ich telawizje, posiadają tytuły…A jednak prostactwo i przestępczy charakter tych ludzi są tak widoczne jak ortografia Komorowskiego…Ech, satyrycy mają używanie…Swego czasu sądy będą miały wiele pracy, historycy też. Chociaż historia jest na tyle nauką żywą, że już się sama pisze i nikt nie wymaże z jej kart czegokolwiek, tak to już jest. Tak, wiemy że Gollum z Sopotu by chciał i wierzy w „kreatywną teorię dziejów”. Pozwólmy mu śnić – Zostawcie Titani….Aaa, sorry – Zostawcie Tuska!…I„odpieprzcie się od generała!”

…Bucha czarny dym, smoła leje się obficie, zapach siarki i nieludzkie głosy…Ale dobrze, mniejsza o opisywanie gnomiej, gollumowej i jaruzelskiej przyszłości…Humor i kpina z prostaków, złodziei, misiów kolabo – otóż i przekaz na dziś 🙂

Cham jest chamem, a Szmaciak Szmaciakiem. Ten ród parobków – prostaczków jest nieśmiertelny i dlatego pewien wybitny humorysta, satyryk i poeta swego czasu wziął ich „na tapetę”. Opisał styl życia i bycia, umysłowość, uczynki i powiązania: „Towarzysz Szmaciak”!

Takiż to poemat stworzył swego czasu Janusz Szpotański. Jest to arcydzieło, perełka humoru, inteligentnego, ciętego komentarza, wyśmianie służalczego prostactwa. Za ten poemat i inne dzieła, „za całokształt” Janusz Szpotański poszedł do więzienia za komuny pierwszej. Zapewne się tam nie nudził, będąc wybitnym szachistą. Na pewno się nie nudził, gdyż już po wyjściu powstało wiele jego dzieł, kontynuacja obśmiewania tych wszystkich Szmaciaków: Władków, Rychów, Mirków, Zbychów i Grzechów…Wiecie o kogo chodzi i na pewno dobrze rozumiecie złodziejsko – prostacką naturę tych mużyków. Mamy ich niestety w dzisiejszej Polsce dużo. Również – albo i jeszcze bardziej niestety, chodzą oni po wolności i pławią się w swych odbiciach w ekranie telawizyjnym.

Jest to chamstwo dużo gorsze niż to opisane w „Karierze Nikodema Dyzmy”, a kabotyńskie media i agenci rzuceni na to pole, tylko pogłębiają uczucie niesmaku i oburzenia. Przypomniała mi się ta gruba baba Kolęda Zalewska i jej najnowsza chamówka na wizji…Heh, cóż tu mówić proszę Państwa. Towarzysze Szmaciaki, ich dzieci i wnuki, pociotki i protegowani. Zaprogramowani na lizanie dupy, bezrefleksyjność, bez wnętrza…Drą, szarpią ochłapy, by jak najwięcej zagarnąć dla siebie…a przy tym żyć jeszcze w „nimbie” osoby publicznej…No tak, bo są to w sumie osoby publiczne…W takim sensie jak publiczny potrafi być dom 🙂 Zapraszam tylko i wyłącznie wytrwałych z Was na ucztę humoru. Zobaczycie że Szmaciak nic a nic się nie zmienił – po lekturze poematu Janusza Szpotańskiego, jaki w całości zamieszczam poniżej. Śmiejmy się, zarazem wyciągając wnioski

Goły

Towarzysz Szmaciak, czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy

Straszny miał dzień towarzysz Szmaciak.

Ach, wprost odchodził od rozumu,

kiedy uciekać musiał w gaciach

ścigany wyzwiskami tłumu.

Zewsząd sypały się kamienie,

boleśnie bijąc go w siedzenie.

Na szczęście było — jak już wiecie —

tajemne przejście w komitecie.

Jeszcze ze strachu nie ochłonął,

a za nim już komitet płonął

i płonął w jego gabinecie

największy porno-zbiór w powiecie.

Wielka to strata! Bo, widzicie,

Szmaciak — koneser i esteta —

pozycje stamtąd wcielał w życie

na licznych schadzkach i baletach.

Lecz cóż tam slajdy! Pies je jebał!

Grunt, że się z tego sam wygrzebał!

Bo na cóż mu tam seks-figury,

gdy sam zamieni się w dym bury.

Teraz w swej willi siedzi Szmaciak,

już w spodniach w prążki, a nie w gaciach,

owinął przy tym się szlafrokiem

i pije scotch z wiśniowym sokiem.

Pije, bo się straszliwie martwi

pod kątem własnym i przyszłości

i bardzo źle myśli o partii,

a kierownictwie w szczególności.

Coś się ta ryba nam od głowy

zaczyna psuć, bo, rozumicie,

środek jest prima, dół jest zdrowy,

znaczy się: nie gra coś na szczycie.

Już drugi raz zawodzi góra.

Gdy krzyk się robi, dają nura!

A ty się tutaj gimnastykuj

z masami sam na sam na styku!

Wytycznych brak i pytam ja się,

a co z milicją jest w tym czasie!

Jak nie trza, to się wszędzie szwenda,

a tera znikła po komendach.

Już się pod gmachem motłoch zbiera,

na mieście straszny szum i draki,

a tu nikt ognia nie otwiera —

gdzie się podziały kabewiaki?

Pytanie, czyja to robota!

Bo coś mi się tak teraz widzi,

że w KC znów rewizjoniści

podnoszą łeb lub inni Żydzi.

Tak, niewątpliwie Żyd się zakradł

i teraz ciągnie gdzieś za sznurek!”

Tu Szmaciak znowu golnął scotcha

i na zakąskę zjadł ogórek.

To już się psuje nie od dzisiaj!

Odkąd zgnoili Mieczysława,

a Franek tyż z tej puli wysiadł

zaczęła śmierdzieć cała sprawa.

Przez zemstę Żyd tak rozzuchwalił

to całe pierdolone chamstwo!

Cóż będziem tam dyskutowali!

Trza tylko widzieć fakty, jak są!

Przykłady? Są! Mój kumpel Zdzicho

nieletnią dorwał na balecie.

Stawiała się, więc dał w pyszczycho,

poza tym komilfo był. Wiecie.

Za to, że uniósł się troszeczkę,

dał jej rajstopy i bluzeczkę.

I co? Myślicie — koniec sprawy?

A skąd! Wzywają do Warszawy!

Taki tam rozdmuchali skandal,

że całkiem wykończyli chłopca,

bo musiał odejść z propagandy

i dziś jest u nas za kaowca!

I drugi przykład: Felczak, wiecie,

drugi sekretarz w Komitecie,

przez plener pruje swoim Fiatem

z szybkością stu, jak zwykle. Raptem

na szosę włażą dwa bachory.

Więc stuknął je, bo byłby chory,

jeżeli zjechałby na boki.

Tam, proszę ja was, spad wysoki.

Zgniótłby przód sobie, zdarł błotniki.

Jaki się podniósł rejwach dziki!

Cudem nie poszedł do więzienia.

I nie uniknął przeniesienia.

I trzeci przykład: Wzięlim chamów

raz do nagonki na zające.

Patrzę: kumpel już sześć ustrzelił,

mój cham wałęsa się po łące!

Tak zdenerwował mnie chamisko,

że mi zwierzyny nie nagania,

żem doń wygarnął — ot i wszystko!

Wypadek podczas polowania!

Żebym go chociaż mocno zranił!

Lecz ja go tylko śrutem w tyłek!

Gdyby nie interwencja Tępy,

starliby mnie tam w proch i w pyłek!

Do czego doszło? Żeby szlachtę

przed sądy pozywały chłopy!

To cud, że jeszcze za koncesję

prywaciarz nam odpala hopy!”

Tu znowu golnął. Że się wkurwił,

poprawił trzema. Raz za razem.

We łbie mu trochę zaszumiało.

Jest, jak to mówi się, pod gazem.

Więc się rozrzewnił nad swą dolą:

Za co, się pytam — woła — za co

wypróbowanym towarzyszom

tak złem za wierną służbę płacą?!

Chłopięciem będąc, ja w ZWM

ogniową przechodziłem próbę

i, z narażeniem, na plebana

donosy przynosiłem UB.

Potem, gdy wciągnął mnie aparat,

szczególnie zaś referat rolny,

jakżem ofiarnie walczył z stonką,

sówką chojnówką, żukiem polnym!

Także na polu rozkułaczeń

niemałe miałem rezultaty!

Twardo ściągałem kontyngenta:

kto nie chciał dać, to zara baty!

A później, kiedy zmienił kurs się,

to kto bez żalu i szemrania

do zjednoczenia PGR-ów

poszedł na szefa planowania?!

Z jakim to materiałem ludzkim

jam się użerał — cóż wy wiecie! —

zanim mnie Rysiek tuż przed Marcem

tu nie osadził na powiecie?!

Spokojnie było. Choć syjonizm

także zapuścił swe korzenie

i Pawlak, personalny w ZG,

był Żyd, choć się zaklinał, że nie!

Na ogół jednak szafa grała,

bo choć kombinat tutaj mamy,

nie było żadnych strajków w grudniu

i cały czas tyrały chamy.

Potem pod hasłem «Pomożemy!»

szukalim, wiecie, tych miliardów.

Niestety! Nic my nie znaleźli.

Przecie tu Pcim, nie wyspa skarbów!

A jak umieli my dla władzy

wpoić tu posłuch, respekt, miłość!

Do czerwca bieżącego roku

żadnych warchołów tu nie było!

Więc człowiek rósł i szedł do góry,

ukończył studia bez matury,

niejedno dostał odznaczenie.

I nagle — takie zaskoczenie!”

Szmaciak się znowu wkurzył wielce

i zaczerwienił się na karku.

Że widać było dno w butelce,

po „żyto” sięgnął więc do barku.

Żyto” jest ostre. Gdy przez przełyk

przeszła mu tego „żyta” struga,

Szmaciak się jeszcze bardziej zeźlił

i teraz na całego ruga:

Do kurwy nędzy! Wy ciapciaki!

Matoły, koły! Wy barany!

Do czegośta doprowadzili

ten nasz ludowy kraj kochany!

Ludzie, powiedzta, komu służem!” —

Tu straszny rzucił im epitet. —

Kto słyszał — pytam — żeby motłoch

podchodził w Pcimiu pod Komitet?!

Co więcej, on go nawet spalił,

spalił go, mówię, żywym ogniem.

A mnie, sekretarzowi swemu,

ściągnęli kurtkę, jak i spodnie!

Kto tak rozbestwił tę hołotę?!

Ten foks ze Śląska — jakiż to wał!

Wiesiek, gdy raz mu zaszurali,

to on się chociaż konfrontował!

I gdyby Grzesiek zdołał jeszcze

te stocznie zbombardować, toby

motłoch nie właził nam na głowy

i człowiek czułby się bezpiecznie.

A tak, to aż się chamy trzęsą,

lecz nie ze strachu, a z wściekłości —

więc albo dajta im to mięso,

albo też im połamta kości!

Trzeba się na coś zdecydować.

Bo tak, to tylko można wściec się!

Proszę, ja mogę być leberał,

tylko wy o tym mnie powiedzcie!

Musi być jakaś dyrektywność,

nie to dreptanie w miejscu wieczne,

bo tak, to kadra się załamie,

co może stać się niebezpieczne.

Dzwonię ja dzisiaj do Maczugi —

Maczuga to komendant MO —

i go się pytam: «Co jest, Wacek?»,

a on mi pieprzy nie na temat!

No, moi drodzy, w tych warunkach

pracować — żałość to i smutek!

Cóż to, mam dla ich przyjemności

Ordona robić tu redutę?!

Przyszłość ja widzę całkiem czarno,

to może skończyć bardzo źle się…”

Więc dla kurażu chlusnął w gardło,

tak wprost z butelki, ze dwie trzecie.

Coś jeszcze bredził, coś bełkotał,

ale powoli ostygł zapał.

I Szmaciak zsunął się z fotela,

rozdziawił gębę i zachrapał.

Śpi ciało. A tymczasem dusza

w mroczną krainę snu wyrusza.

Sen to dziedzina zagadkowa,

niejedną niespodziankę chowa,

bo choć udaje często jawę,

rządzi się jednak własnym prawem,

będąc zaś tylko urojeniem,

zawsze ukryte ma znaczenie.

Śni Szmaciak sen zgoła banalny:

budzi we własnej się sypialni,

ale mu bardzo ciąży głowa.

Wiadomo, pił, to rzecz nienowa.

Picie, jak o tym dobrze wiecie,

jest zawsze w modzie w komitecie.

Po piciu kac jest, puchnie ryło…

Więc jakby nic się nie zdarzyło,

Szmaciak, że jest w działaniu prędki,

zrywa się, biegnie do łazienki,

by tam dokonać toalety,

staje przed lustrem i … o rety!

Nie może być! Przeciera oczy,

myśląc, że kac go jeszcze mroczy.

Potem paznokcie w ciało wbija,

lecz wszystko na nic! Widzi ryja!

Ogląda w lustrze ryj krytycznie —

no, nie jest znowu tak tragicznie!

Od twarzy znów tak różny nie jest!

Więc gdy poleje go Yardleyem,

da na to krem, a potem puder,

odróżnić będzie można z trudem.

A zresztą kładzie na to lagę!

On przecież w Pcimiu ma powagę

i tak jest wielka jego władza,

że tych, co będą nosem kręcić,

przepędzi zewsząd i powsadza —

ma ryj, lecz ma go z własnej chęci!

Tu bardzo groźnie coś zachrząkał

i z wielkiej złości puścił bąka.

Tera już całkiem świnia jestem!” —

oświadczył lustru z dumnym gestem.

Do Komitetu! Rządzić! Władać!

Zaleźć za skórę! Bobu zadać!

Niech płaszczą się przed groźnym wieprzem!

Płaszczącym się ja też przypieprzę!”

Tu, jak to często we śnie bywa,

wątek znienacka się urywa.

Szmaciak jest w Pcimiu. Zlany potem

do KW pruje na piechotę.

Czemuż nie pędzi czarną Wołgą

z szoferem, patrząc zza firanek

z pogardą na rozlazłe miasto?

Ach, sny są pełne niespodzianek!

Miasto zaś nie jest dziś rozlazłe —

i idąc mija grupki ludzi,

w których — o zgrozo! — jego wygląd

niezwykłe rozbawienie budzi.

Palcem mnie pokazują, chamy! —

myśli ze złością — Ach, wy, śmiecie,

jeszcze ze sobą pogadamy,

kiedy zasiądę w Komitecie!”

Lecz tak kapryśna jest snu fala,

że wciąż Komitet mu oddala.

O! już za rogiem się wyłania,

gdy wtem go senna mgła pochłania.

Szmaciak się nagle znalazł w tłumie,

tłum krzyczy coś, on nie rozumie,

jest przerażony i wstrząśnięty.

Nagle spostrzega transparenty:

PRECZ Z SAMOWOLĄ APARATU!”

i „WŁADZA DLA PROLETARIATU”,

i „ŚMIERĆ KRWIOPIJCOM KRWI ROBOCZEJ”,

aż z orbit mu wyłażą oczy

i latać mu zaczyna grdyka.

Nagle ktoś palcem go wytyka,

tłum nań napiera, krzycząc: „Sznura!”

Na szczęście zdążył dać w czas nura.

Sen szybko swe obrazy zmienia.

Szmaciak już nie drży z przerażenia,

ale jest w środku w Komitecie,

i to we własnym gabinecie.

Lecz — rzecz to całkiem niepojęta —

jest w charakterze tam petenta,

za biurkiem zaś nie siedzi Szmaciak,

ale ubrany w brudny waciak

Deptała, majster z Kombinatu.

O, Matko Święta! Ty mnie ratuj!” —

pomyślał Szmaciak, bo z Deptałą

niejedno mu się rymowało.

Deptała to osobny rozdział

w życiu naszego bohatera.

Niejeden raz tego Deptałę

on zdeptał już i sponiewierał.

Pierwszy raz zetknął się z Deptałą,

gdy Nowe na wsi zaświtało

i kiedy oddał się w całości

szerzeniu wiejskiej spółdzielczości.

Chłop ciemny nie chciał do kołchozu

i gad kułactwa wznosił głowę,

trzeba więc było zastosować

metody ostre i surowe.

A że ruch musiał być oddolny

i całkowicie dobrowolny,

musieli dzielni z UB chłopcy

często pejzanów brać pod obcas.

Więc Szmaciak jeździł, chłopów zbierał,

a gdy się któryś zbyt opierał,

to tak go długo kopał w nery,

aż wzbudził w nim entuzjazm szczery.

Niestety we wsi Wądół Kaczy

z nasieniem zetknął się sobaczym.

Tępy, uparty chłop Deptała,

choć brać ubecka tęgo prała,

a nawet mu duszono grdykę,

psuł Szmaciakowi statystykę.

Szmaciak się zawziął nań okropnie

i pewny był, że swego dopnie.

Tak też się stało. Gdyż fortuna

odważnym sprzyja. Wielka łuna

rozbłysła nagle nad Wądołem

i ogień z hukiem żre stodołę.

Płonie stodoła w PGRze,

pusta zupełnie, mówiąc szczerze,

bo kiedy nadszedł okres siania,

wszyscy chodzili na zebrania,

więc cały zapas, co był, ziarna,

już nie, że wroga stonka zżarła,

ale go zwykłe szare myszy

skonsumowały w wielkiej ciszy.

Wiadomo, ognia bez przyczyny

nie ma. Jak jest, to z czyjejś winy.

Wróg niewątpliwie go podłożył,

wróg, bo go Nowe we wsi trwoży,

więc udaremnić chce nam zbiory,

pola zamienić zaś w ugory,

by miast spółdzielczych jasnych łanów

kwitła tu znowu władza panów.

Ten wróg ohydny to Deptała!

Wsi czarna owca i zakała!

Z kim w zmowie był, wykaże śledztwo!

Natychmiast do Urzędu wlec go!

Już czeka dzielnych chwatów czwórka:

Szmaciak, Maczuga, Buc i Rurka,

trzech jest w cholewach i w mundurze,

a Szmaciak jako cywil w skórze.

Chłop już ocieka zdrowo juchą,

bo jak go wieźli, dostał w ucho.

Strasznie to chłopców rozczmuchało,

że pobrał już zaliczkę małą.

Zaraz dostaniesz resztę, wszarzu!” —

wykrzyknął z rozbawioną twarzą

Maczuga — i jak nie doskoczy —

i lu go pięścią między oczy!

A potem Buc, a za nim Rurka

i Szmaciak. W końcu cała czwórka

prała go, że aż szło dudnienie:

to w nery kop!, to w przyrodzenie!,

to w zęby!, w żebra! Aż sapali

z wielkiej emocji — i wciąż prali.

Wreszcie się wyczerpała werwa.

Na papieroska mała przerwa.

Z rozkoszą dym wciągają w płuca,

Szmaciak już jakiś żarcik rzuca…

Patrzą, co dzieje się z Deptałą,

i aż ze śmiechu ich zatkało,

bo widok był niezmiernie draczny:

po ziemi pełzał cham pokraczny,

znacząc po sobie ślad posoką,

a z gęby mu spływało oko.

Wszyscy dostali odznaczenia

za wielce bohaterski wyczyn

i Szmaciak szybko szedłby w górę,

gdy nagle z niepojętych przyczyn

wszystko raptownie się odmienia.

Cofają dawne odznaczenia,

jest czystka w rolnym referacie,

unieważniają nominacje,

o dzielnym mówią zaś Urzędzie,

że w wypaczeniach trwał i błędzie.

Szmaciak był blady, w nerwach cały.

Przyszło zwolnienie dla Deptały —

i ten zakała, wróg niedawny,

zaczynał być w powiecie sławny,

bo dostał rentę niewysoką

i na koszt państwa szklane oko.

Na szczęście były w partii siły,

co kres tej orgii położyły.

Owszem, przegięto nieraz pałę,

ale zasługi tyż niemałe

w minionym mieli my okresie,

totyż wydaje słusznym mnie się,

aby nie tolerować dłużej

krytyki, która wrogom służy.

Że był niesłuszny kult jednostki,

wyciągniem z tego słuszne wnioski

i zmienim politykę rolną,

lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!”

Tak, strach ma zawsze wielkie oczy.

Nie dawać mu się! Więcej męstwa!

I Szmaciak znowu pewnie kroczy

po nowe laury i zwycięstwa.

Bez żalu rzucił Wądół Kaczy,

na los już więcej nie sobaczy,

wie, że mu partia ufa, a to

z sowitą łączy się zapłatą.

Już z nowym wrogiem toczy walkę,

już ma lodówkę, wózek, pralkę,

żoneczkę — tłustą badylarę

i z nią rozkosznych dziatek parę.

Pruje ku górze, rośnie w piórka,

zajmuje coraz lepsze biurka,

aż wreszcie w nowej czas odnowy

staje się władcą powiatowym.

Że Szmaciak jest kombatant sławny,

ściąga do Pcimia kumpli dawnych,

na stanowiskach ich osadza,

przez co się bardzo wzmacnia władza.

Maczuga jest milicji szefem,

Rurka, że ma na karku głowę,

jest dyrektorem kombinatu,

a Buc ma związki zawodowe.

Kombinat Szmaciak nie bez racji

uznał za teren kombinacji

i razem ze swych kumpli trójką

stał się naczelną jego dójką.

W systemie centralnego planu

prosta dojenia jest technika,

bez żadnych bowiem ograniczeń

można tu doić robotnika.

Nad tym, jak doi się centralnie

przez plany, normy, płace, ceny,

nie trzeba wcale się rozwodzić,

bo wszyscy to dokładnie wiemy.

Lecz w tym tkwi całej rzeczy sedno:

doić dla góry to jest jedno,

a drugie: „No, kochani moi,

dla siebie trzeba tyż podoić!

Nie po to znieślim kult jednostki,

by bogaciły się jednostki,

zaś równość na tym się zasadza,

aby doiła wszelka władza!”

Każdy tak doi, jak potrafi,

zależnie od formatu główki.

Maczuga, że zbyt bystry nie jest,

doi nachalnie, przez łapówki;

Buc, który jest na forsę łasy,

sprzedając prywaciarzom wczasy;

zaś w Rurce nędzne ich dojenie

budzi po prostu obrzydzenie.

Rurka jest głowa i zna życie,

wie, że by doić należycie,

trzeba się włączyć bez wahania

w centralny system planowania.

Jako tłocząco-ssącą pompę

widzą ten system jego oczy,

która jak gigantyczne serce

pompuje z dołu, z góry tłoczy.

Z dołu ssie pompa ludzką pracę

bardzo zachłannie, metodycznie,

by ją przerobić w swych komorach

na płace oraz inwestycje.

Płace spływają wąską rurką,

a inwestycje — wielką rurą,

co jak najściślej jest związane

z systemu celem i naturą.

Nie temu bowiem system służy,

by prolet gnuśniał w dobrobycie,

lecz aby wizje gigantyczne

tytanów myśli wcielać w życie.

Lecz wizje te pełne poezji

nie podniecały wcale Rurki.

Poezji — mawiał — to nikt nie zji!”

Jego zaś obchodziły kurki.

Rurka od dawna snuł marzenia,

aby w centralną sieć dojenia,

gdzieś w plątaninie rur i rurek

malutki zamontować kurek.

Lecz choć tak bardzo o tym marzył,

sam by się nigdy nie odważył

i kiedy inni wielkie krany

wkręcali w rur systemu ściany,

wciąż trwał w bezczynie i niemocy,

o małym kurku śniąc po nocy.

Lecz oto karta się odwraca:

do Pcimia go przyzywa Szmaciak.

Tu Rurka, mając w ręku wszystko:

kumpli, zaplecze, stanowisko —

plus swoje własne dobre chęci,

nareszcie w system kranik wkręcił.

Kombinat był na Pcimia miarę,

a Pcim — miasteczko zapyziałe,

ot — większa wiocha, tylko rynek

od wsi go różnił odrobinę.

Na rynku — knajpa. W dni targowe

chłop tam nad kuflem zwieszał głowę

albo setkową, dużą stopką

wlewał do gardła pcimkę z kropką,

czyli spirytus z kroplą wódki.

Gdy rozum stawał się zbyt krótki,

straszliwe w rynku mordobicie

mąciło gnuśne pcimian życie.

W Pcimiu też było dwóch kowali,

co konie zręcznie podkuwali,

był dekarz, co krył papą dachy

i blacharz, który robił blachy

do wozów chłopskich, gdyż te wozy,

brnąc poprzez słynne pcimskie piachy,

na kołach, aby ich nie zetrzeć,

miały obręcze z grubej blachy.

Obręcze pcimskie były sławne.

Nawet w odległej Dolnej Bździnie

wiedziały całkiem małe dzieci,

że Pcim z obręczy przednich słynie.

Taki był Pcim dawnymi laty,

gdy na najwyższych władzy piętrach

postanowiono, by powiaty

tworzyły robotnicze centra.

Nie uprzemysłowienie jednak

było tu celem i niezmiernie

myli się ten, co by tak sądził —

bo to o dusz szło inżynierię.

Chłop jest niezmiernie zacofany,

przez co posiada aż dwie dusze,

stąd też w połowie jest kułakiem,

w połowie zaś proletariuszem.

Naszym zadaniem, towarzysze,

jest poprzez industrializację

wytrzebić w nim tę pierwszą duszę,

natomiast drugiej uznać racje.

Niech więc w zapadłej każdej dziurze

zakłady wnet powstaną duże,

najlepiej huty lub kopalnie —

to byłoby wręcz idealnie!

Zaś gdzie warunków brak, powiaty

niechaj budują kombinaty!”

Pcim słynny był z wyrobu serów,

lecz ser dostarczyć mógłby żeru

reakcji, co je sery w poście.

W przemyśle bez wartości ser jest.

Postanowiono więc obręczy

do kół wytwarzać długie serie.

Gdy władzę twórczy szał ogarnie,

to nie ma dla niej rzeczy trudnej —

upaństwowiono więc blacharnię,

a blacharz poszedł siedzieć w pudle.

A potem fury pełne cegły,

wapna, żelaza i cementu

brnęły przez piachy i zaczęto

kłaść pod kombinat fundamenty.

Tak rozpoczęła się budowa,

a osobiście nią kierował

pcimski sekretarz — Piotr Wardęga.

Wardęga w Pcimiu był potęga,

działał szeroko i z rozmachem,

więc gdy postawił już na blachę,

to nie istniała w Pcimiu siła,

co by go z drogi zawróciła.

Wardęga próżny był piekielnie;

chciał mieć kopalnie i cegielnie,

chciał także wznieść olbrzymią hutę,

lecz z głowy myśl ktoś wybił mu tę,

tłumacząc długo, że na furze

trudno przewozić piece duże,

ta zaś kopalnia w Pcimiu piachu

nie potrzebuje wcale dachu.

Dał więc Wardęga za wygraną

i w rezultacie zbudowano

fabrykę gwoździ i wyrobów

blaszanych — istny raj nierobów.

Budowa trwała cztery lata,

zmieniło się oblicze świata,

zrodziły nowe się pomysły

i z blach obręcze z mody wyszły.

Lecz długość życia raz wstawionej

do planu rzeczy jest dziś sławna,

dlatego nie ma nic dziwnego

w fakcie, że o tym, iż od dawna

wozy już mają ogumienie,

nikt nie pomyślał. Dziś myślenie

przynosi tylko same szkody

i wskutek tego wyszło z mody.

Fabryka robi ciągle blachy,

na które dawno nie ma zbytu,

jednakże inny jest referat

podaży, inny zaś popytu.

Wyników ich nikt nie uzgodni,

bo ileż by zajęło to dni!

Zresztą odnośni referenci

są wciąż czym innym pochłonięci.

Produkcja idzie. Puchną składy

i pcimian strach ogarnia blady;

szczęściem na skutek blach korozji

nie doszło w Pcimiu do eksplozji.

Kiedy się Rurka zjawił w Pcimiu,

kiedy zobaczył napis szumny

i wszystko, co się pod nim kryło,

pomyślał sobie: „Gwóźdź do trumny!

Żegnaj, kariero, bo w tym grobie

kariery nigdy ja nie zrobię!”

Chciał uciec, się usunąć w cień już.

Lecz oto — cóż to znaczy geniusz!

Przelotna myśl o trumnie, grobie,

nagle w bezcennej jego głowie

w cudowny sposób się kojarzy

z migotem świec, blaskiem ołtarzy,

bogactwem i potęgą kleru,

bezrefleksyjną wiarą ludu

i tajemniczym słowem „przerób” —

genialny mózg dokonał cudu!

Już ma koncepcję oddojenia:

wszystkie te blachy pozamienia

na medaliki i krzyżyki,

ryngrafy, małe ołtarzyki,

a każda blacha rozmieniona

to kolosalna wprost mamona!

Rozkupią wszystko księża, chłopi,

dewotki, młodzież, nawet popi,

bo odkąd z klerem trwa batalia

i święty obraz porywają,

wzrósł popyt na dewocjonalia

przeszło dwukrotnie w całym kraju!

Tu Rurka poczuł się jak Midas:

to, czego dotknie, w złoto zmienia!

A choć nie wiedział, kto to Midas,

wybornie sztukę znał dojenia.

Zakład natychmiast zwiększył plany,

już prol się po nim nie wałęsa,

lecz tyra wciąż na cztery zmiany

za nie zmienioną nędzną pensję.

Bo cóż właściwie się zmieniło?

Jedynie blach do wozów ilość.

Nie wykazano przecież w planie,

że jakość też uległa zmianie,

gdyż religianckie talizmany

szpeciłyby laickie plany,

poza tym mógłby prokurator

dostęp do kranu odciąć kratą.

Oparty o bezbożną władzę

rozwija się interes święty

i naszych dzielnych chwatów spółka

zgarnia krociowe dywidendy.

Ach! nie masz to, jak życie w Pcimiu!

Po prostu istna to idylla!

W nowej dzielnicy Zbójnikowo

za willą się buduje willa!

Powstał też w mieście klub rajdowca,

nocny kabaret „Czarna owca”

i, choć się o tym mało słyszy,

przytulny puff dla towarzyszy.

Pewnego dnia do gabinetu,

w ukłonach gnąc się, wszedł Wylizuch,

ten z socjalnego, i powiada:

Ja, towarzyszu, w sprawie zgryzu.

Zgryz mamy mianowicie taki:

zgłasza się majster z kombinatu,

że mu niesłusznie wymówiono.

«To nie nasz resort — mówię na to —

idźcie z tym do prezesa Buca.»

Buc takich to za kark wyrzuca.

Lecz on już był i się upiera,

że to jest sprawa partii teraz.

«Wyście jest partia robotnicza —

powiada — więc ja z tej żałości,

jako że sam robotnik jezdem,

was prosić chcę sprawiedliwości!»

Widać, że tępy jest to pacan,

a tacy, mówiąc między nami,

lubieją wciąż rozrabiać wyżej,

więc proszę — zdecydujcie sami.”

Szmaciak w szampańskim był humorze,

wczoraj sukcesy miał nielada,

bo wygrał rajd do Górnej Bździny

i szyku na balecie zadał.

Sprawiedliwości szuka? Tutaj? —

krzyknął — A to dopiero wariat!

Dajcie go! Niech me oczy ujrzą

ten uciśniony proletariat!”

Z radości aż zaciera dłonie —

on tego chłopa zrobi w konia!

Wysłucha; że się przejął, uda;

a potem dziać się będą cuda!

U nas, widzicie, w Pcimiu robol

nie jest bezczelny i nachalny,

ponieważ tu panuje jeszcze

dobry obyczaj feudalny.

My tu z chamami ceregieli

nie robim. A jak jakie śmiecie

zaczyna podskakiwać, to go,

nim się obejrzy, z miejsca zmieciem!”

Lecz sprawa tak z pozoru łatwa

ni stąd, ni zowąd wnet się gmatwa,

bo rzecz się niesłychana stała:

do gabinetu wszedł… Deptała!

Jak Makbet, kiedy widmo Banka

stanęło przed nim wśród biesiady,

Szmaciak z wrażenia zaniemówił

i zrobił się śmiertelnie blady.

Bo choć Szekspira nie był znawcą,

lecz zawsze stropi się oprawca,

kiedy znienacka mu ofiara

swe żale się wyłuszczyć stara.

Nie dziwno więc, że doznał szoku.

Już dawno o wybitym oku

i o wyczynach swej młodości

zapomnieć zdołał. Te wspomnienia

zaczęły go niezmiernie złościć,

kiedy się wynurzały z cienia.

Choć ciągle upatrywał chlubę

w młodzieńczej swej współpracy z UB,

pod wpływem własnej propagandy

już zaczął wierzyć, że to bandy

były straszliwe i potężne,

z którymi boje staczał mężne,

swe młode narażając życie —

a nie bezbronnych chłopów bicie.

I nagle drab, co przed nim stanął,

wywleka prawdę nielubianą,

szczerbę w przepięknym robiąc micie —

takie to figle płata życie!

Szybko się jednak opamiętał

i czujnie spojrzał na petenta.

Nie trzeba wpadać wprzód w wariację,

nim się rozpozna sytuację.

Już maluteńki jego móżdżek

jak bardzo sprawny komputerek

zaczął obliczać błyskawicznie

rozlicznych możliwości szereg.

Pierwsze pytanie się wyłania:

Kto mu tu nasłał tego drania?!

A potem drugie: W jakim celu

zjawia się tu po latach wielu?

Szmaciak nie wątpił ani chwili,

że się w tym kryje gdzieś intryga

i że nie zjawił się przypadkiem,

żebrząc o łaskę, ten dziadyga.

Przypadek byłby to zbyt rzadki.

A czy w ogóle są przypadki?

Prędzej ugryziesz własny zadek,

nim trafisz w Pcimiu na przypadek!

W tym momencie kończy się piękna historia publikacji całości tekstu niestety. Możliwości mojego komputera są jedynie milion razy większe niż zdolność do refleksji Komorowskiego, w związku z tym zmuszony jestem wkleić Wam całość „Szmaciaka” w linku poniżej…jedynie końcówka znajduje się zaraz pod nim. Przykre to – nienawidzę komputerów! Ufam iż znajda się tacy, którzy przebrną do końca przez „skomplikowaną” umysłowość Szmaciaka 🙂

http://literat.ug.edu.pl/szpot/szmaciak.htm

Wszystko się jednak dobrze kończy,

bo choć tragiczny powiał dech,

tragedia się zmieniła w farsę,

a przerażenie w gromki śmiech!

Wszystko się jednak dobrze kończy,

chociaż się w oku kręci łza!

Z ufnością patrzmy w mętną przyszłość,

bo przecież wszystko nadal trwa!

Wszystko się jednak dobrze kończy,

bo kończy się triumfem zła!

Niech żyje Szmaciak! Hurra! Hurra!!

A przed autorem — chapeaux bas!

                                                                          Janusz Szpotański

Reklamy
This entry was posted in Kultura.

One comment on “Janusz Szpotański – ‚Towarzysz Szmaciak’

  1. krzysiek1203 pisze:

    Audiobook PL. Całość

Możliwość komentowania jest wyłączona.